To tylko głupi sen. Łzy zalśniły mu pod
rzęsami, otarł je wierzchem dłoni. Ostatnio zdecydowanie za dużo płacze. Zawsze
jest tak samo - noc, koszmar i związana z nim regresja. Kiedy się budził, zawsze
miał nadzieję, że znów jest małym chłopcem. Sześcio- albo ośmioletnim dzieckiem
i przez chwilę faktycznie czuł, że myśli znikają, poddawał się intynktowi i podświadomym uczuciom. Jeśli
naprawdę stałby się dzieckiem... Czy wtedy zniknełoby organiczne poczucie splugawienia? Pewnie nie. W końcu to nie tylko splugawienie ducha, nie zatrze tego niepamięć,
amnezja czy choroba psychiczna, jest plugawy na poziomie komórkowym. Być może
taki się urodził. Jego komórki nosiły w sobie gen splugawienia, to tak jak
choroba genetyczna, która uaktywnia się w odpowiedniej chwili. W takim razie
był po prostu śmiertelnie chory. Zadrżał. To nie był zwykły dreszcz, ten
pochodził gdzieś z głębi duszy. Spirala, którą miał w brzuchu rozwinęła się i
zwinęła, tym razem mocniej skręcając swoje sploty. Dokąd to wszystko prowadzi? Idąc
z zewnątrz, zatacza się coraz mniejsze koła, czy w samym centrum znajduje się
odpowiedź na wszystko? Może tak, a może nie.
Drżącymi rękami sięgnął po leżący
na podłodze sweter. Szorstka wełna otarła się o jego nagą skórę, to było
nieprzyjemne, ale nawet nie zauważył swędzenia. Wypełniało go przeraźliwe
zimno, wstręt do własnego ciała, a kiedy opatulał się swetrem, przynajmniej nie
musiał patrzeć na obnażoną skórę. Naciągnął rękawy na dłonie i objął się
ramionami. Chciało mu się rzygać, zresztą jak
zawsze, kiedy przypominał sobie, że... tak bardzo chciał być znowu
dzieckiem. Nie ośmioletnim, raczej niemowlakiem, albo płodem, embrionem, zygotą
dopiero co uformowaną z połączenia dwóch komórek. Zygoty nie czują bólu ani
strachu, niczego nie pamiętają. Mają zalążki neuronów, a kiedy uszkodzi się ich
ciało, nawet mózg, tkanki zregenerują się i będą jak nowe. To musiało być
piękne, pływać tak w różowych wodach płodowych, było ciepło, płyn doskonale
rezonował bicie serca żywicielki. Zauważył, że podświadomie potraktował się jak
pasożyta, przez dziewięć miesięcy żył w macicy swojej matki, wydzierając z jej żył życie. Ukrył twarz w
dłoniach, kołysząc się przez chwilę. Jak ktokolwiek mógłby chcieć go przytulać? Czarne włoski na nogach zjeżyły się z zimna i wewnętrznego bólu. To była
tęsknota. Nie mógł być już niewinny, dlatego tak bardzo tęsknił za
niewinnością, którą utracił. W tamtej chwili nienawidził siebie i swoich snów. Gorące krople rozbiły się na wystających kolanach, a jego ramiona zatrzęsły się
od niehamowanego już płaczu.
Świat za czarnymi oczami musi być
czarno-biały, jak na starym filmie. Wszystko jest czarno-białe, poza kolorem
jego skóry, która chociaż jasna, ma egzotyczny złocisty połysk. Chowa twarz za
szalikiem. To smutny listopadowy poranek. Puste ulice spowija mgła, z której
siąpi drobny deszcz. Nikogo tu nie ma, musi być conajmniej około siódmej,
pewnie jest sobota albo niedziela, a może nie... Co jeśli całe miasto wymarło? Przeszedł go mimowolny dreszcz
podniecenia, który odrobinę rozgrzał jego ciało. Ciągle nosił w sobie
ten sen, urwane obrazy i uczucia zrośnięte z korą mózgową, tonął we własnej
ciemności. Pragnął uciekać, to zwykły instynkt, intuicja, wola porzucania
wszystkeigo za sobą, łudził się, że w końcu uda mu się uciec od samego siebie. Każdy krok naprzód oddalał go od obrzydliwych
obrazów, im dalej znajdował się od własnego mieszkania, tym realnie czuł się
lepiej. Zupełnie tak, jakby to mieszkanie stanowiło jego nieszczęście. W mieszkaniu skumulowało się całe jego zło, wszystkie upiory, czarne myśli, które
oderwały się od niego i zaczęły żyć
własnym życiem jak zbuntowane komórki. Mnożące się wirusy zaczęły
rozprzestrzeniać się na dnie jego siatkówki, to była siatkówka mentalna, kiedyś
trzymał w rękach taki mikroskop, patrzył na szkiełko z ludzką krwią i włosem.
Z przerażeniem przypomniał sobie o wszystkich niezjedzonych kanapkach. Gdyby
uznać chleb za żywą istotę, to znaczy, chleb ma swoje własne tkanki, komórki
chlebowe, to tak jakby głęboko w kodzie genetycznym tego chleba, albo nawet
zboża, w mące, z której ten chleb upieczono, znajdował się allel, jakiś gen,
coś jak przycisk resetu, delete, gen
zagłady... Może to właśnie jest zło. Pewnie tak. Jeśli nikt nie zje chleba, w
końcu pożre go własne zło, które nosi w sobie w stanie uśpionym od początku
życia, co sprawia że choroba genetyczna nagle ujawnia się w zupełnie zdrowym człowieku? Nagle rak zaczyna pożerać ciało, ze starego chleba wyrasta wirus pleśni. Pleśń
pożre chleb, chleb przestanie istnieć, pleśń, która się z niego narodziła,
zbuntowane komórki, wyrwie się z niego i zacznie samodzielną egzystencję. Podobno kiedyś wszystkie wirusy były ludzkimi komórkami... Dlaczego oderwały
się ze struktury człowieka? Dostał gęsiej skórki na karku i lędźwiach.
Widziałem kiedyś taki program, to było w drugiej albo trzeciej gimnazjum, to
był głupi amerykański dokument... Jak nazywał się ten grzyb? "Częsty
mieszkaniec naszych ogrodów". Przypomniał sobie obrazy, wolne komórki... Skąd te komórki? Jakie komórki? Skraplają się i w stanie półpłynnym
przemierzają trawnik kierowane dziką wolą życia, potem zlewają się w jedno,
złożoną strukturę, organizm, który porusza się z prędkoscią 1mm na godzinę,
jego ciało jest mokre, porusza się, przelewając z końca do przodu i na
odwrót. W końcu wrasta w ziemię... Łączy w sobie formację zwierzęcą i roślinną. Wyrasta mu łodyga i plecha, która otwierając się uwalnia miliardy nowych
wolnych komórek... Wszystkie komórki rozsypują się po świecie i działa na nie
ta sama siła, identyczna siła życia, która każe im skupiać się w jednym
miejscu. Na przyspieszonej kliszy filmowej grzyb zalewał ogród jak żółta lepka
maź.
Zaczął szczękać zębami. Po prostu
jego myśli są tak intensywne, że zaczęły żyć własnym życiem, oderwały się od
niego i zamieniły w upiora nawiedzajacego jego mieszkanie. Głośne tupanie ciężkich
podeszw dodawało mu nieco otuchy, w końcu to tup, tup, tup brzmiało prawie jak
bum, bum, bum, skojarzyło mu się to z biciem serca matki. Pusta ulica niosła echo
jak krew, tupanie narastało mu w uszach, kiedy wchodził do pustego parku. Zauważył, że jego przygnębienie ma ścisły związek z ilością światła wpadającą
do jego siatkówki. Dotąd zawsze doświadczał stanów depresyjnych, ale dopiero w
Europie z całą tą jej nieskończoną jesienią doznał takiego strachu przed
śmiercią rozwijającego się na poziomie komórek i niszczącego od środka. Ciemność świata zewnętrznego kładła się cieniem na jego wnętrzu...
Nagle poczuł
że umrze, jeśli zostanie tu jeszcze dłużej, jeśli przeżyje ten rok i nadejdzie
kolejna jesień, pożre go jego własna pleśń. Może zło wytryśnie z niego i
rozwinie się jak grzyb, najpierw wyrośnie łodyga, a potem wielka nabrzmiała
plecha... Wyobraził sobie własną śmierć. Pleśń jest zielona, niepostrzeżenie
wplecie swoje włókna w moją struturę, ciekawe, czy ktokolwiek to zauważy? Co
jeśli poczuję zalążki pleśni w swoim brzuchu? Pleśń rozrasta się w kilka
godzin, wyssie mnie od środka, a później przeicśnie przez pępek na zewnątrz,
oplecie moje ciało, strawi skórę i kości, będzie mnie trawić, aż całkiem
zniknę, aż wyparuję i nic po mnie nie zostanie, nawet kości... Czy pleśń będzie
nową formą mojej egzystencji? Naciągnął rękawy swetra na zmarznięte palce. Zimno mi. To proste, zimno najpierw opanuje moje ciało, a później duszę. Pochodził z ciepłych krajów i dlatego tak marzł w Europie. Nagle pomyślał, że być
może nie wyrośnie z niego żadna pleśń, może jest zupełnie inaczej, on JUŻ jest
pleśnią, zbuntowanymi komórkami ludzkości i dlatego tak bardzo różni się od
innych.
Wypełniła go narastająca nienawiść. Samotny i opuszczony, nic
nieznaczacy, może umierać pokryty zielonym owłosieniem, całe jego życie to
powolne umieranie, w końcu już narodziny skazały go na śmierć. Niekochany. Mrowienie pod tłustymi powiekami zaczęło go wkurwiać. Jak ja ich wsyztskich
nienawidze, nienawidzę, nienawidzę... Proszę zdechnijcie wszyscy, nie
wytrzymam... Takich jak on, zieloną
pleśń wywala się na śmietnik. Kto powiedział, że wirus nie może kochać? Przytulił się do samotnego drzewa. Najbardziej na świecie chciał poczuć teraz
pulsowanie życia. Skoro miał martwe ręce, to wydrapie życie innym, wyrwie je
tylko dla siebie, w końcu nawet drzewo ma jakąś krew. Zamrugał kilakkrotnie
oczami i otarł się policzkiem o szorstką korę. Drzewo nie chciało go objąć,
zasnęło, zapadło się w siebie, uciekając przed europejską jesienią. To już
koniec. Zobaczył siebie pośród sterty śmieci, pudełka po pizzy, puste puszki,
gówna, czy umieranie boli? Pewnie odejdzie bezszelestnie, może nawet nie
zauważy. Może lepiej by było gdybym umarł...
Nie, lepiej by było gdybym nigdy się nie
urodził.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz