niedziela, 2 września 2012

pleśń jest tylko kolejną formą naszej egzystencji


To tylko głupi sen. Łzy zalśniły mu pod rzęsami, otarł je wierzchem dłoni. Ostatnio zdecydowanie za dużo płacze. Zawsze jest tak samo - noc, koszmar i związana z nim regresja. Kiedy się budził, zawsze miał nadzieję, że znów jest małym chłopcem. Sześcio- albo ośmioletnim dzieckiem i przez chwilę faktycznie czuł, że myśli znikają, poddawał się  intynktowi i podświadomym uczuciom. Jeśli naprawdę stałby się dzieckiem... Czy wtedy zniknełoby organiczne poczucie splugawienia? Pewnie nie. W końcu to nie tylko splugawienie ducha, nie zatrze tego niepamięć, amnezja czy choroba psychiczna, jest plugawy na poziomie komórkowym. Być może taki się urodził. Jego komórki nosiły w sobie gen splugawienia, to tak jak choroba genetyczna, która uaktywnia się w odpowiedniej chwili. W takim razie był po prostu śmiertelnie chory. Zadrżał. To nie był zwykły dreszcz, ten pochodził gdzieś z głębi duszy. Spirala, którą miał w brzuchu rozwinęła się i zwinęła, tym razem mocniej skręcając swoje sploty. Dokąd to wszystko prowadzi? Idąc z zewnątrz, zatacza się coraz mniejsze koła, czy w samym centrum znajduje się odpowiedź na wszystko? Może tak, a może nie. 

Drżącymi rękami sięgnął po leżący na podłodze sweter. Szorstka wełna otarła się o jego nagą skórę, to było nieprzyjemne, ale nawet nie zauważył swędzenia. Wypełniało go przeraźliwe zimno, wstręt do własnego ciała, a kiedy opatulał się swetrem, przynajmniej nie musiał patrzeć na obnażoną skórę. Naciągnął rękawy na dłonie i objął się ramionami. Chciało mu się rzygać, zresztą jak  zawsze, kiedy przypominał sobie, że... tak bardzo chciał być znowu dzieckiem. Nie ośmioletnim, raczej niemowlakiem, albo płodem, embrionem, zygotą dopiero co uformowaną z połączenia dwóch komórek. Zygoty nie czują bólu ani strachu, niczego nie pamiętają. Mają zalążki neuronów, a kiedy uszkodzi się ich ciało, nawet mózg, tkanki zregenerują się i będą jak nowe. To musiało być piękne, pływać tak w różowych wodach płodowych, było ciepło, płyn doskonale rezonował bicie serca żywicielki. Zauważył, że podświadomie potraktował się jak pasożyta, przez dziewięć miesięcy żył w macicy swojej matki, wydzierając z jej żył życie. Ukrył twarz w dłoniach, kołysząc się przez chwilę. Jak ktokolwiek mógłby chcieć go przytulać? Czarne włoski na nogach zjeżyły się z zimna i wewnętrznego bólu. To była tęsknota. Nie mógł być już niewinny, dlatego tak bardzo tęsknił za niewinnością, którą utracił. W tamtej chwili nienawidził siebie i swoich snów. Gorące krople rozbiły się na wystających kolanach, a jego ramiona zatrzęsły się od niehamowanego już płaczu.

Świat za czarnymi oczami musi być czarno-biały, jak na starym filmie. Wszystko jest czarno-białe, poza kolorem jego skóry, która chociaż jasna, ma egzotyczny złocisty połysk. Chowa twarz za szalikiem. To smutny listopadowy poranek. Puste ulice spowija mgła, z której siąpi drobny deszcz. Nikogo tu nie ma, musi być conajmniej około siódmej, pewnie jest sobota albo niedziela, a może nie... Co jeśli całe miasto wymarło? Przeszedł go mimowolny dreszcz  podniecenia, który odrobinę rozgrzał jego ciało. Ciągle nosił w sobie ten sen, urwane obrazy i uczucia zrośnięte z korą mózgową, tonął we własnej ciemności. Pragnął uciekać, to zwykły instynkt, intuicja, wola porzucania wszystkeigo za sobą, łudził się, że w końcu uda mu się uciec od samego siebie.  Każdy krok naprzód oddalał go od obrzydliwych obrazów, im dalej znajdował się od własnego mieszkania, tym realnie czuł się lepiej. Zupełnie tak, jakby to mieszkanie stanowiło jego nieszczęście. W mieszkaniu skumulowało się całe jego zło, wszystkie upiory, czarne myśli, które oderwały się od  niego i zaczęły żyć własnym życiem jak zbuntowane komórki. Mnożące się wirusy zaczęły rozprzestrzeniać się na dnie jego siatkówki, to była siatkówka mentalna, kiedyś trzymał w rękach taki mikroskop, patrzył na szkiełko z ludzką krwią i włosem. 

Z przerażeniem przypomniał sobie o wszystkich niezjedzonych kanapkach. Gdyby uznać chleb za żywą istotę, to znaczy, chleb ma swoje własne tkanki, komórki chlebowe, to tak jakby głęboko w kodzie genetycznym tego chleba, albo nawet zboża, w mące, z której ten chleb upieczono, znajdował się allel, jakiś gen, coś jak przycisk resetu, delete,  gen zagłady... Może to właśnie jest zło. Pewnie tak. Jeśli nikt nie zje chleba, w końcu pożre go własne zło, które nosi w sobie w stanie uśpionym od początku życia, co sprawia że choroba genetyczna nagle ujawnia się w zupełnie zdrowym człowieku? Nagle rak zaczyna pożerać ciało, ze starego chleba wyrasta wirus pleśni. Pleśń pożre chleb, chleb przestanie istnieć, pleśń, która się z niego narodziła, zbuntowane komórki, wyrwie się z niego i zacznie samodzielną egzystencję. Podobno kiedyś wszystkie wirusy były ludzkimi komórkami... Dlaczego oderwały się ze struktury człowieka? Dostał gęsiej skórki na karku i lędźwiach. 

Widziałem kiedyś taki program, to było w drugiej albo trzeciej gimnazjum, to był głupi amerykański dokument... Jak nazywał się ten grzyb? "Częsty mieszkaniec naszych ogrodów". Przypomniał sobie obrazy, wolne komórki... Skąd te komórki? Jakie komórki? Skraplają się i w stanie półpłynnym przemierzają trawnik kierowane dziką wolą życia, potem zlewają się w jedno, złożoną strukturę, organizm, który porusza się z prędkoscią 1mm na godzinę, jego ciało jest mokre, porusza się, przelewając z końca do przodu i na odwrót. W końcu wrasta w ziemię... Łączy w sobie formację zwierzęcą i roślinną. Wyrasta mu łodyga i plecha, która otwierając się uwalnia miliardy nowych wolnych komórek... Wszystkie komórki rozsypują się po świecie i działa na nie ta sama siła, identyczna siła życia, która każe im skupiać się w jednym miejscu. Na przyspieszonej kliszy filmowej grzyb zalewał ogród jak żółta lepka maź.  

Zaczął szczękać zębami. Po prostu jego myśli są tak intensywne, że zaczęły żyć własnym życiem, oderwały się od niego i zamieniły w upiora nawiedzajacego jego mieszkanie. Głośne tupanie ciężkich podeszw dodawało mu nieco otuchy, w końcu to tup, tup, tup brzmiało prawie jak bum, bum, bum, skojarzyło mu się to z biciem serca matki. Pusta ulica niosła echo jak krew, tupanie narastało mu w uszach, kiedy wchodził do pustego parku. Zauważył, że jego przygnębienie ma ścisły związek z ilością światła wpadającą do jego siatkówki. Dotąd zawsze doświadczał stanów depresyjnych, ale dopiero w Europie z całą tą jej nieskończoną jesienią doznał takiego strachu przed śmiercią rozwijającego się na poziomie komórek i niszczącego od środka. Ciemność świata zewnętrznego kładła się cieniem na jego wnętrzu... 


Nagle poczuł że umrze, jeśli zostanie tu jeszcze dłużej, jeśli przeżyje ten rok i nadejdzie kolejna jesień, pożre go jego własna pleśń. Może zło wytryśnie z niego i rozwinie się jak grzyb, najpierw wyrośnie łodyga, a potem wielka nabrzmiała plecha... Wyobraził sobie własną śmierć. Pleśń jest zielona, niepostrzeżenie wplecie swoje włókna w moją struturę, ciekawe, czy ktokolwiek to zauważy? Co jeśli poczuję zalążki pleśni w swoim brzuchu? Pleśń rozrasta się w kilka godzin, wyssie mnie od środka, a później przeicśnie przez pępek na zewnątrz, oplecie moje ciało, strawi skórę i kości, będzie mnie trawić, aż całkiem zniknę, aż wyparuję i nic po mnie nie zostanie, nawet kości... Czy pleśń będzie nową formą mojej egzystencji? Naciągnął rękawy swetra na zmarznięte palce. Zimno mi. To proste, zimno najpierw opanuje moje ciało, a później duszę. Pochodził z ciepłych krajów i dlatego tak marzł w Europie. Nagle pomyślał, że być może nie wyrośnie z niego żadna pleśń, może jest zupełnie inaczej, on JUŻ jest pleśnią, zbuntowanymi komórkami ludzkości i dlatego tak bardzo różni się od innych. 

Wypełniła go narastająca nienawiść. Samotny i opuszczony, nic nieznaczacy, może umierać pokryty zielonym owłosieniem, całe jego życie to powolne umieranie, w końcu już narodziny skazały go na śmierć. Niekochany. Mrowienie pod tłustymi powiekami zaczęło go wkurwiać. Jak ja ich wsyztskich nienawidze, nienawidzę, nienawidzę... Proszę zdechnijcie wszyscy, nie wytrzymam...  Takich jak on, zieloną pleśń wywala się na śmietnik. Kto powiedział, że wirus nie może kochać? Przytulił się do samotnego drzewa. Najbardziej na świecie chciał poczuć teraz pulsowanie życia. Skoro miał martwe ręce, to wydrapie życie innym, wyrwie je tylko dla siebie, w końcu nawet drzewo ma jakąś krew. Zamrugał kilakkrotnie oczami i otarł się policzkiem o szorstką korę. Drzewo nie chciało go objąć, zasnęło, zapadło się w siebie, uciekając przed europejską jesienią. To już koniec. Zobaczył siebie pośród sterty śmieci, pudełka po pizzy, puste puszki, gówna, czy umieranie boli? Pewnie odejdzie bezszelestnie, może nawet nie zauważy. Może lepiej by było gdybym umarł...

Nie, lepiej by było gdybym nigdy się nie urodził. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz